|
Śniło mi się że byłam na weselu znajomych. Odbywało się w stylowym dworku, eleganckie wnętrza, piękne dekoracje, uśmiechnięci goście i szczęśliwi państwo młodzi. Wszystko wydawało się być idealne. Usiedliśmy od stołów, podano pierwsze danie i… zupa okazała się przesolona, tak, że nikt nie chciał jej jeść, drugie danie było zimne, niedogotowane ziemniaki i niedosmażony kotlet. Zespół, który miał grać gościom przez całą noc okazał się strażacką orkiestrą, która znała tylko jakieś stare marsze, przy których nie dało się tańczyć… w dodatku grali tak głośno, że nie mogliśmy rozmawiać. W pewnym momencie do sali weszli ludzie, którzy na tę samą godzinę mieli zarezerwowaną salę na stypę. Właściciele sali nie dopatrzyli tego błędu i musieli połączyć te dwie uroczystości. Orkiestra grała na zmianę marsze pogrzebowe i weselne przyśpiewki. Chciałam jak najszybciej stamtąd wyjść. Kiedy goście zaprawieni odpowiednią ilością alkoholu ruszyli wreszcie na parkiet, kilku mężczyzn postanowiło podrzucać pana młodego. Po chwili takiego podrzucania pan młody wylądował na podłodze ze złamaną nogą. Na sali na szczęście był lekarz, który postanowił nastawić nogę ,,na żywca’’. Po tym zabiegu pan młody ozdrowiał od razu i zaczął tańczyć jak gdyby nigdy nic… na szczęście ten surrealistyczny sen szybko się skończył.
|