Byłam duchem. Nikt mnie nie widział, nie słyszał, ni czuł, prócz dwóch chłopców. Mieszkałam razem z nimi i ich matką w małym, drewnianym domku na skraju lasu. Od domku prowadziła dróżka do miasteczka. Rodzinę porzucił ojciec, a gdy matka pobiegła za nim, został zamordowany na jej oczach. Od tamtej pory, kobieta żyła w melancholii i smutku. Traktowała okropnie swoich synów. Jeden miał siedem lat, a drugi cztery. Marka biła ich, krzyczała na nich i obciążała różnego rodzaju zadaniami ponad ich wątłe siły. Ja byłam zmuszona tylko patrzeć na ich cierpienie. Pewnego dnia, młodszy braciszek trafił do szpitala; a gdy z niego wyszedł, matka się już wogóle nie zajmowała ani jednym; ani drugim. Bała się do nich podejść, myśląc, że zrobi im krzywdę. Chciała nawet popełnić samobójstwo. Ja, razem z chłopcami, wpadłam na pomysł, by uciec z tego domu. Wyszliśmy z tamtąd, kierując się do miasteczka, a zrozpaczona matka pobiegła za nami. Uciekaliśmy przed nią w stronę domu. Był ogromny, piękny a zarazem straszny. Wiedzieliśmy, że nie zamieszkany. W naszych oczach był to zwykły dom, lecz naprawdę to była ruina. Obiegliśmy go kilka razy dookoła, lecz nie znaleźliśmy drzwi, a okna były za wysoko. Czteroletni chłopiec dotknął ściany domu i powiedział 'Pragnę tu wejść'. Po chwili, wszyscy znaleźliśmy się w środku, przechodząc przez ścianę. Zrazu uderzyło nas to, że ten dom był na prawdę zły. Zewsząd kapała szkarłatna krew, na czarnych ścianach wisiały haki, a po podłodze walały się tumany kurzu i oceany kości i zgniłego mięsa, plądrowanego przez insekty i węże. Po ścianach ślizgały się ogromne, szponiaste cienie, gotowe w każdej chwili nas złapać i pożreć. Zaczęliśmy biec i uciekać przed nimi. Dom zdawał się być żywy, bo za każdym razem pokoje i korytarze same się przemieszczały, jakby nie chcąc nas wypuścić. Na końcu holu zobaczyliśmy drzwi, skierowaliśmy się w ich stronę. Gdy byliśmy już prawie przy nich, zniknęły nam z oczu. Ten starszy chłopiec, zrozpaczony spojrzał za siebie i zobaczył całą chmarę szponiastych cieni, które zbliżały się do nas. Krzyknął, że zginiemy. - Nie. - odpowiedział jego brat i dotknął ściany. - Pragnę stąd wyjść. - powiedział. W tej samej chwili, znaleźliśmy się na zewnątrz. Nie minęła nawet chwila, kiedy zmartwiona matka zaczęła biec w naszą stronę, ponieważ widziała, jak wchodzimy i wychodzimy z domu przez ścianę. Zaczęła się gonitwa dookoła domu. Na którymś z kolei zakręcie, matka chłopców nie wyrobiła, i prawie uderzyła w ścianę. Prawie, bo wcale nie rozległo się huknięcie. Dom po prostu wciągnął kobietę do środka. Momentalnie, jedna ze ścian zmieniła się w ogromne okno. Widzieliśmy w nim matkę,której twarz była wykrzywiona strachem. Zaczęła uderzać pięściami w szybę, próbując wyjść. Za nią, pojawił się jeden z tych potwornych cieni, i zagarnął ją ciemną, szponiastą łapą. Ja i dwoje chłopców odwróciliśmy się i poszliśmy drogą w stronę zachodzącego słońca, na przeciw nowemu życiu. Za nami ciągle rozbrzmiewały krzyki ich okrutnej matki.
|