|
pojechałam na pielgrzymkę z mojej parafii z jeszcze trzema koleżankami z pracy i wszystko zapowiadało się cudownie, mieliśmy zwiedzać zabytkowe kościoły i miejsca kultu, wyjechaliśmy punktualnie nad ranem spod kościoła, ale już 100 kilometrów od naszego miasta popsuł się autokar, musieliśmy zjechać na pobocze i tam kierowca miał się zająć naprawą autobusu, trwało to już bardzo długo, wszyscy pasażerowie byli zniecierpliwieni i zdenerwowani, zaczęliśmy nalegać na zapewnienie nam jakiegoś miejsca, w którym możemy odpocząć i coś zjeść, ale pilot wycieczki się nie zgodził i powiedział, że konieczni musimy zostać na miejscu, po chwili jednej pani zrobiło się słabo i zemdlała, trzeba było jej pomóc i podać leki, które miała w torbie podróżnej, okazało się, że torba jest w bagażniku i nie ma możliwości żeby ją teraz wyjąć, bo kierowca zajęty jest naprawą autobusu, sytuacja zaczynała być poważna, pani odzyskała przytomność, ale bardzo źle się czuła, dlatego zadzwoniliśmy po karetkę, kierowca nadal majsterkował przy autobusie ale nic to nie dawało, po chwili przyjechał lekarz na rowerze, zdziwił nas widok lekarza na takim środku transportu, ale lekarz powiedział, że służba zdrowia oszczędza i do 10 kilometrów lekarze jeżdżą do wezwań na rowerze... lekarz zajął się chorą panią, a my czekaliśmy na to, kiedy autobus będzie sprawny, kierowca zadzwonił w końcu po pomoc drogową, która zjawiła się w okamgnieniu, i zabrała autobus na lawetę razem z naszymi bagażami... co za sen...
|